Jak na jeden dzień, to wrażeń turystyczno-wspinaczkowych było aż nadto. W miarę spokojne zwiedzanie zamku w Limerick, przechadzka nieopodal wiatraka w Blennerville, znacznie bardziej intensywna wizyta na stokach i szczytach masywu górskiego Slieve Mish a wszystko to, poprzeszywane kilkugodzinną jazdą samochodem. Mieliśmy prawo czuć się zmęczeni. Ja przynajmniej byłem.
Z pod Caherconree udaliśmy się na powrót do Camp. Z maleńkiego Camp skierowaliśmy się szosą R560 w stronę Castlegregory. Nieśpiesznie jechaliśmy przed siebie i zastanawialiśmy się gdzie by tu wybrać najlepsze miejsce na nocleg. Miało być ustronnie, tak żeby nie zwracać na siebie zbytnio uwagi, tak aby podczas tych paru nocnych godzin, jak najbardziej jest to możliwe, stać się niewidocznym. Po części nam się to udało. Na drodze pojawiła się nagle tabliczka informująca, że po 1 mili można dojechać do plaży. Postanowiliśmy zobaczyć to miejsce, zresztą czasu było już i tak co raz mniej, ciemności przyszłyby lada chwila, a zależało nam aby rozbijać się w momencie, gdy będzie jeszcze w miarę jasno. Skręciliśmy, podjechaliśmy kawałek i rzeczywiście plaża była, ocean szumiał ale było też coś jeszcze, coś co delikatnie zmąciło mój spokój… Kilkanaście metrów od plaży wznosiło się osiedle domków campingowych. Było ich pełno, przy niektórych stały zaparkowane auta, były przymocowane anteny satelitarne a nad dachami, gdzieniegdzie unosił się dym. Dowodziło to, że ów domki zamieszkane są nie tylko w sezonie letnim. Skojarzyło mi się to troszkę z osiedlem trawelsów, choć nigdy wcześniej z takowym większej styczności nie miałem. Zatrzymaliśmy się na samym końcu ziemno-żwirowej drogi i poszliśmy na rozeznanie.
Limerick był już wiele kilometrów za nami, kiedy sunęliśmy przed siebie drogą N21 mijając kolejno Rathkeale, Newcastlewest oraz Abbeyfeale. Po ponad godzinie jazdy przejechaliśmy przez Castleisland, w którym zjechaliśmy na N21. Stamtąd było już rzut beretem do Tralee.
Limerick ze swoimi 92,500 tysiącami mieszkańców jest trzecim co do wielkości miastem w Irlandii. Mówi się także, że jest to ,,Polski Dublin”, szacuje się, że w mieście tym mieszka około 15 000 przybyszów z nad Wisły. Luimneach założyli Duńczycy w 812 roku, był stolicą królestwa Limerick a później siedzibą królów Munsteru. Miasto posiadające ponad 12 wieczną historię dochowało się sporej ilości zabytków i ciekawych miejsc do odwiedzenia, jednym z nich, chyba najsłynniejszym jest Zamek Króla Jana (King John’s Castle).
Irlandia obfituje w wiele różnego rodzaju rezydencji, efektownych pałacyków i dworków. Niektóre z nich zachowały swoją świetność, są zadbane i regularnie pielęgnowane. Posiadłości są własnością albo państwa albo znajdują się w prywatnych rękach. Nierzadko bywa, że dana rezydencja jest pod opieką rodzin od stuleci.
Za oknami od kilku tygodni aura do najmilszych nie należy, jest zimno, mokro, wietrznie więc proponuję aby przenieść się w czasie, aby zorganizować swego rodzaju powrót do przeszłości. Nieodległej, liczącej sobie 5 miesięcy ale gwarantuję, że podróż będzie ciekawa i w kontekście dnia dzisiejszego, ciepła oraz przyjemna.
O Connemarze napisałem już tutaj parokrotnie, za każdym razem z dużym entuzjazmem i podziwem dla tej niesamowitej krainy. Napiszę raz jeszcze, tym razem z perspektywy górołaza, opiszę wędrówkę po szczytach Twelve Pins, kilkugodzinną wspinaczkę nasiąkniętą zmęczeniem, wiatrem, deszczem, zimnem i mgłą, poprzeplataną promieniami słonecznymi oraz ciężkimi chmurami wiszącymi tuż nad naszymi głowami. Góry, choć stosunkowo niewielkie, to jednak majestatyczne i przede wszystkim dające nieprawdopodobne pejzaże i panoramy.
Wyspy Aran od zawsze uchodziły za bezkompromisowe. Są symbolem surowości, próżno tam było szukać wygód, pogoda z reguły nie rozpieszczała a ludzie, których los rzucił w to miejsce uchodzili za twardych i zaradnych. Na co dzień mówi się tam językiem gaelickim, co czyni arańskie wyspy jeszcze bardziej irlandzkie, dodając im niepowtarzalnego klimatu i uroku.Jakby potwierdzeniem tego stwierdzenia, że Wyspy Aran czasami dosyć szorstkie są dla ludzi, było nasze nań przybycie. Opętańczy deszcz i porywisty wiatr sprawiły, że nie łatwy i trudny dla nas to był początek. Noc, którą dane nam było przeżyć okazała się nocą z dreszczykiem emocji, nocą nie dającą snu szybkiego, łatwego i przyjemnego. Trzeba się było nacierpieć aby ją pokonać.
Wyspy Aran są jedyne w swoim rodzaju, to nie ulega żadnym wątpliwościom. W Irlandii z pewnością nie ma drugich podobnych. Nie wiem jak jest na dwóch pozostałych (Inishmaan oraz Inisheer), być może jeszcze bardziej odludnie i dziko ale wizyta na największej z nich pozostanie w mojej pamięci na długo. Tak samo jak pewna rzecz, która jest szalenie charakterystyczna i która pojawiała się za każdym razem kiedy odwracałem głowę. Czy w lewo, czy w prawo, czy przed siebie. Było wszędzie i otaczało nas ze wszystkich, możliwych stron. Kamienne murki, bo je mam na myśli ciągną się podobno na odległość 3 tysięcy kilometrów. Są wszędzie, wyspa jest nimi poprzecinana i stanowią nieodzowną część krajobrazu. Murki te składają się z kamieni, których na Inishmore od zawsze było pod dostatkiem. Kamienie te są poukładane w taki sposób, że strasznie trudno jest jakiś z takiego muru wyciągnąć. Wydawać by się mogło, ze skoro do ich budowy nikt nie używał żadnej zaprawy, to powinien się on prędzej czy później rozwalić. Nic bardziej mylnego. Murki stoją i nie sposób je ruszyć. Jako że na Aranach nie występują drzewa to też nie ma znanych nam dobrze płotów, są murki. Główne ,,dobro naturalne” stanowi kamień i skała, zostały one wykorzystane praktycznie w stu procentach.
Coole Park and Gardens to rezerwat przyrody, park i ogród w jednym. Na jego terenie znajdują się tereny bagienne, zadrzewione, jałowe skaliste połacie, rzeka, jezioro, rezerwat jeleni. Położony niedaleko miasta Gort (
Za każdym razem, kiedy przejeżdżałem przez Connemarę nigdy nie trafiłem w jej południowe rejony. Wyjeżdżając z Galway praktycznie wszyscy wybierają N59, drogę najłatwiejszą, najbardziej popularną oraz pokazującą te piękne tereny w sposób chyba najwłaściwszy. Oczywiście najwłaściwszy jeśli jedzie się samochodem, bo całkiem inaczej odbiera się Connemarę maszerując przez nią pieszo. Tak więc jest droga N59 ale jest również droga R366, ciągnąca się niemal poziomym, kilkudziesięciu kilometrowym odcinkiem wzdłuż północnego wybrzeża nad zatoką galway’owską.
Croaghaun Cliffs czas było opuścić tak więc spokojnym tempem pomaszerowaliśmy w dół w kierunku Keem Beach. Dzionek zaczynał zbliżać się do końca choć oczywiście mieliśmy jeszcze parę godzin do zachodu słońca ale trzeba było myśleć nad miejscówką do spania, no i dobrze by było coś jeszcze na tej wyjątkowej wyspie zobaczyć. Nieśpiesznie opuściliśmy jedną z najpiękniejszych, irlandzkich plaż i pojechaliśmy w głąb Achill.
25 kilometrów na wschód od Galway leży Antenry. To niewielkie miasteczko, liczące zaledwie 3200 mieszkańców słynie z dobrze zachowanych murów obronnych, zamku i słynnej irlandzkiej ballady: “The Fields of Athenry”.
Calutki tydzień przed rozpoczęciem mojego urlopu był pogodowo bardzo przyjemny. Praktycznie 7 dni non-stop świeciło słońce, było mnóstwo błękitnego nieba, powietrze ciepłe a wiaterek delikatny. W pewnym momencie serce mi się krajało, że tak fajnie jest akurat w przeddzień rozpoczęcia upragnionego wolnego, bo raczej pewne było, że to się w czasie nie przeciągnie. Jak pomyślałem, tak też się stało… Daniel, czyli mój druh zbliżających się wielkimi krokami wojaży, zjawił się w Dublinie niedzielnym popołudniem. Wracając do Longford aura zaczęła się delikatnie psuć. Posypała się na dobre w dwóch kolejnych dniach, co zmusiło nas do odwleczenia daty wyjazdu. Mieliśmy 2 dni więcej na przygotowania, na ostatnie zakupy i plany podróży, bo trzeba przyznać, że były one dość ruchome – zależy w której części wyspy mniej padało – tam chcieliśmy pojechać.
Irlandia sama w sobie jest wyspą. Ale posiada również inne mniejsze lub większe wysepki. Jest ich na prawdę sporo, porozrzucane głównie na zachodnich krańcach kraju. Nie wiem czy najważniejsza i najbardziej popularna ale z całą pewnością największa znajduje się w hrabstwie Mayo. Odwiedziliśmy ją, po wcześniejszym usłyszeniu mnóstwa pochlebnych opinii na jej temat. Czy było warto? No cóż, przekonajcie się sami ale jak to bywa z różnorakimi atrakcjami turystycznymi w tym kraju, pytanie wydaje się być czysto retoryczne.
W ubiegły piątek wraz Mountaineering Club NUIG wybrałem się na 3 dniowy wyjazd do Kerry, którego głównym celem był górski rekonesans po najwyższym paśmie irlandzkich „pagórków” - Macgillycuddy's Reeks.
Pomiędzy Sligo a Longford znajduje się pewne miasteczko. Nie wielkie, podobne to wielu innych w Irlandii, położone nad rzeką, która nazywa się tak samo jak owa miejscowość. Ma w swoich granicach jednak coś, co czyni je interesującym, nastrojowym i do którego z całą pewnością warto zawitać…
Zostawiłem Bective Abbey nie bez żalu. Odwracałem się parokrotnie za siebie, wędrując z powrotem w kierunku samochodu… Stało sobie pośród tej zieleni, dumnie, spokojnie, opatulone słońcem, nasiąknięte historią. Opactwo kusiło cały czas, jednak miałem przed sobą coś jeszcze – miejsce, które zobaczyć chciałem koniecznie. Miejsce, w którym chciałem się znaleźć…
Odległość dzieląca Kells i Navan to zaledwie 16 kilometrów. Jazda zajęła mi może z 20 minut i po tej krótkiej chwili byłem już w stolicy hrabstwa Meath. Miasto jak na stolicę przystało wydawało mi się znacznie bardziej ruchliwe i żywe aniżeli Kells. Mnóstwo samochodów, czy to na drogach, czy też parkingach, pełno ludzi i dosyć ciasne centrum z dużą ilością sklepów i sklepików. Przejechałem się przez nie powoli, nie próbując się nawet zatrzymywać. W głowie miałem kolejny, na mojej ówcześnie przygotowanej liście, cel – Opactwo Bective (Bective Abbey).
Wgryzłem się dość intensywnie w królewskie hrabstwo Meath, jednego tylko dnia udało mi się zobaczyć parę naprawdę interesujących miejsc. Sprzyjała ku temu aura, pomimo że rankiem niebo spowite było chmurami a w powietrzu unosiła się delikatne mgiełka. Niemniej jednak zwlokłem się z łóżka o 7 rano, przygotowałem wszystko do wyjazdu i o 8 byłem już w trasie…Podążyłem tą samą drogą co 24 maja czyli po 40 kilometrach od Longford, w okolicach Mullingar zjechałem z N4 i po kolejnych 20 kilometrach byłem w Castlepollard. Następnie skierowałem się na Oldcastle. Właśnie w okolicach tego małego miasteczka znajdują się budowle, które uważane są za najstarsze w całej Irlandii. Skoro tak, musiałem je koniecznie zobaczyć…
Pewnego sierpniowego weekendu nabraliśmy ochoty na wycieczkę w plener. Krótkie poszukiwania internetowe skierowaly moją uwagę na Brigit’s Garden, mało znane, a – jak sie okazało - absolutnie cudowne miejsce niedaleko Galway.
