So05192012

Last update12:00:00

Turystyka

Tralee Bay

Jak na jeden dzień, to wrażeń turystyczno-wspinaczkowych było aż nadto. W miarę spokojne zwiedzanie zamku w Limerick, przechadzka nieopodal wiatraka w Blennerville, znacznie bardziej intensywna wizyta na stokach i szczytach masywu górskiego Slieve Mish a wszystko to, poprzeszywane kilkugodzinną jazdą samochodem. Mieliśmy prawo czuć się zmęczeni. Ja przynajmniej byłem.

Z pod Caherconree udaliśmy się na powrót do Camp. Z maleńkiego Camp skierowaliśmy się szosą R560 w stronę Castlegregory. Nieśpiesznie jechaliśmy przed siebie i zastanawialiśmy się gdzie by tu wybrać najlepsze miejsce na nocleg. Miało być ustronnie, tak żeby nie zwracać na siebie zbytnio uwagi, tak aby podczas tych paru nocnych godzin, jak najbardziej jest to możliwe, stać się niewidocznym. Po części nam się to udało. Na drodze pojawiła się nagle tabliczka informująca, że po 1 mili można dojechać do plaży. Postanowiliśmy zobaczyć to miejsce, zresztą czasu było już i tak co raz mniej, ciemności przyszłyby lada chwila, a zależało nam aby rozbijać się w momencie, gdy będzie jeszcze w miarę jasno. Skręciliśmy, podjechaliśmy kawałek i rzeczywiście plaża była, ocean szumiał ale było też coś jeszcze, coś co delikatnie zmąciło mój spokój… Kilkanaście metrów od plaży wznosiło się osiedle domków campingowych. Było ich pełno, przy niektórych stały zaparkowane auta, były przymocowane anteny satelitarne a nad dachami, gdzieniegdzie unosił się dym. Dowodziło to, że ów domki zamieszkane są nie tylko w sezonie letnim. Skojarzyło mi się to troszkę z osiedlem trawelsów, choć nigdy wcześniej z takowym większej styczności nie miałem. Zatrzymaliśmy się na samym końcu ziemno-żwirowej drogi i poszliśmy na rozeznanie.

Kamienny fort na Caherconree

Limerick był już wiele kilometrów za nami, kiedy sunęliśmy przed siebie drogą N21 mijając kolejno Rathkeale, Newcastlewest oraz Abbeyfeale. Po ponad godzinie jazdy przejechaliśmy przez Castleisland, w którym zjechaliśmy na N21. Stamtąd było już rzut beretem do Tralee.

Wymyśliliśmy sobie, że Tralee będzie taką naszą bramą do Przylądka Dingle. Nie mieliśmy w planie postoju w tym mieście, chcieliśmy jak najprędzej zacząć wizytację Dingle Peninsula, bo pomimo, że dopiero rozpoczynaliśmy wycieczkowanie to zdawaliśmy sobie sprawę, że czasu nam może zabraknąć. Tak więc mgnieniem przez stolicę hrabstwa Kerry i na szosę N86. A plany były raczej ogólnikowe, bez konkretnych celów i miejsc do zobaczenia.

King's John Castle

Limerick ze swoimi 92,500 tysiącami mieszkańców jest trzecim co do wielkości miastem w Irlandii. Mówi się także, że jest to ,,Polski Dublin”, szacuje się, że w mieście tym mieszka około 15 000 przybyszów z nad Wisły. Luimneach założyli Duńczycy w 812 roku, był stolicą królestwa Limerick a później siedzibą królów Munsteru. Miasto posiadające ponad 12 wieczną historię dochowało się sporej ilości zabytków i ciekawych miejsc do odwiedzenia, jednym z nich, chyba najsłynniejszym jest Zamek Króla Jana (King John’s Castle).

Osobiście odwiedziłem Limerick dwukrotnie. Za pierwszym razem króciutko, nie udało mi się nawet wjechać do centrum miasta ale raz kolejny był dłuższy, choć myślę, że i tak było to tylko powierzchowne liźnięcie. W hrabstwie Limerick znaleźliśmy się 13 września ubiegłego roku, dwa dni po naszych niezapomnianych  wojażach, które obejmowały Wyspę Achill , Inishmore na Wyspach Aran  a także Connemarę . Zaplanowaliśmy krótki, paru godzinny postój w Limerick, a konkretniej chcieliśmy zobaczyć Zamek Króla Jana – pokaźną budowlę z 12 wieku.  Tuż po zwiedzaniu nasz grafik zakładał, że jedziemy dalej, w kierunku południowo-zachodnim aż do Półwyspu Dingle i Pętli Kerry. Na to wszystko mieliśmy 4 dni, tak więc dłuższa wizyta w Limerick odpadała a przypuszczam, że spokojnie trzeba by było przeznaczyć z jeden cały dzień na zwiedzenie tych wszystkich zabytków się tam znajdujących, na poznanie i poczucie tego miasta. O wspomnianym zamku nie wiedziałem zbyt wiele, kojarzyłem, że jest ale nic poza tym. Dopiero lektura na blogu zaprzyjaźnionej blogerki podkręciła moje apetyty na odwiedzenie King John’s Castle.

Powerscourte House & Gardens

Irlandia obfituje w wiele różnego rodzaju rezydencji, efektownych pałacyków i dworków. Niektóre z nich zachowały swoją świetność, są zadbane i regularnie pielęgnowane. Posiadłości są własnością albo państwa albo znajdują się w prywatnych rękach. Nierzadko bywa, że dana rezydencja jest pod opieką rodzin od stuleci.

Powerscourt House and Gardens to rezydencja neoklasycystyczna, znajdująca się nieopodal Bray. Wzniesiona została w połowie XVIII wieku przez  wywodzącą się z Brytanii szlachtę angloirlandzką, która zawłaszczyła sobie sporą część Irlandii. Kilka stuleci wcześniej, w roku 1300 rodzina Le Poer (Power) zbudowała tutaj zamek, który wziął nazwę właśnie od nazwy tejże rodziny. W środku było co najmniej 68 pokoi,  hol wejściowy miał 18 metrów wysokości i 12 metrów szerokości. W późniejszych okresach w posiadaniu zamku były możne rody: O’Tooles, Fitzgerald a także Hrabia Kildare. W 1603 roku Zamek Powerscourt wraz z okolicznymi terenami został przyznany Richardowi Wingfieldowi. Anglik, który zasłużył się jako żołnierz w Irlandii, Flandrii, Francji i Portugalii w nagrodę dostał tytuł szlachecki a w 1600 roku mianowany został na marszałka Irlandii. Jego potomkowie zostali w Powerscourt przez następne 350 lat. Powerscourt został znacznie odmieniony w 18 wieku (od 1731 do 1741 roku), kiedy to znany niemiecki architekt Richard Cassels przebudował  zamek wraz z jego podstawami. W tym czasie był to jeden z najpiękniejszych domów w całej Irlandii. W sierpniu 1821 roku gościem Richarda Wingfielda, piątego Wicehrabi Powerscourt, był Król Jerzy IV. W latach 30-tych 19 wieku w domu organizowano wiele konferencji na temat niespełnionych proroctw biblijnych.

Powerscourt Waterfall

Za oknami od kilku tygodni aura do najmilszych nie należy, jest zimno, mokro, wietrznie więc proponuję aby przenieść się w czasie, aby zorganizować swego rodzaju powrót do przeszłości. Nieodległej, liczącej sobie 5 miesięcy ale gwarantuję, że podróż będzie ciekawa i w kontekście dnia dzisiejszego, ciepła oraz przyjemna.

Pewnego słonecznego dzionka, w sierpniu ubiegłego roku, wybraliśmy się na rodzinną wycieczkę. Przejechaliśmy około 150 kilometrów i dotarliśmy do uroczego a zarazem bardzo popularnego miejsca. Jako, że pogoda sprzyjała a przy okazji była niedziela, toteż razem z nami zjawiła się tam również pokaźna ilość wypoczywających osób.

Poprawiony: niedziela, 20 listopada 2011 11:53

Wspinaczka na szczyty Twelve Bens

O Connemarze napisałem już tutaj parokrotnie, za każdym razem z dużym entuzjazmem i podziwem dla tej niesamowitej krainy. Napiszę raz jeszcze, tym razem z perspektywy górołaza, opiszę wędrówkę po szczytach Twelve Pins, kilkugodzinną wspinaczkę nasiąkniętą zmęczeniem, wiatrem, deszczem, zimnem i mgłą, poprzeplataną promieniami słonecznymi oraz ciężkimi chmurami wiszącymi tuż nad naszymi głowami. Góry, choć stosunkowo niewielkie, to jednak majestatyczne i przede wszystkim dające nieprawdopodobne pejzaże i panoramy.

Zanim jednak dostaliśmy się do Connemary musieliśmy pierwsze dopłynąć do lądu. Z Wysp Aran płynie się niespełna godzinę. Był to czas, w którym troszeczkę podładowaliśmy akumulatory po wizycie na Aranach, który posłużył nam do odpoczynku w wygodnych, promowych fotelach. Tak jak wcześniej Ocean był delikatnie niespokojny i bujał naszym stateczkiem w górę i w dół tak teraz płynęliśmy znacznie łagodniej. Wraz z innymi współtowarzyszami rejsu dopłynęliśmy do Rossaveel 10 minut przed godziną 17-tą, wyładowaliśmy się z promu jako ostatni i podążyliśmy na parking, gdzie dnia poprzedniego pozostawiliśmy auto. Zapakowaliśmy cały nasz ekwipunek i odjechaliśmy, po drodze płacąc panu parkingowemu 5 euro. Jako, że dzień zbliżał się powoli do końca, to nie mieliśmy już w planach nic konkretnego robić. Aby znaleźć się z powrotem na drodze N59, pokonaliśmy identyczną trasę jak kilkanaście godzin wstecz.

Wędrówka po Inis Mór

Wyspy Aran od zawsze uchodziły za bezkompromisowe. Są symbolem surowości, próżno tam było szukać wygód, pogoda z reguły nie rozpieszczała a ludzie, których los rzucił w to miejsce uchodzili za twardych i zaradnych. Na co dzień mówi się tam językiem gaelickim, co czyni arańskie wyspy jeszcze bardziej irlandzkie, dodając im niepowtarzalnego klimatu i uroku.Jakby potwierdzeniem tego stwierdzenia, że Wyspy Aran czasami dosyć szorstkie są dla ludzi, było nasze nań przybycie. Opętańczy deszcz i porywisty wiatr sprawiły, że nie łatwy i trudny dla nas to był początek. Noc, którą dane nam było przeżyć okazała się nocą z dreszczykiem emocji, nocą nie dającą snu szybkiego, łatwego i przyjemnego. Trzeba się było nacierpieć aby ją pokonać.

Dún Aonghasa – prehistoryczny fort na Inishmore

Wyspy Aran są jedyne w swoim rodzaju, to nie ulega żadnym wątpliwościom. W Irlandii z pewnością nie ma drugich podobnych. Nie wiem jak jest na dwóch pozostałych (Inishmaan oraz Inisheer), być może jeszcze bardziej odludnie i dziko ale wizyta na największej z nich pozostanie w mojej pamięci na długo. Tak samo jak pewna rzecz, która jest szalenie charakterystyczna i która pojawiała się za każdym razem kiedy odwracałem głowę. Czy w lewo, czy w prawo, czy przed siebie. Było wszędzie i otaczało nas ze wszystkich, możliwych stron. Kamienne murki, bo je mam na myśli ciągną się podobno na odległość 3 tysięcy kilometrów. Są wszędzie, wyspa jest nimi poprzecinana i stanowią nieodzowną część krajobrazu. Murki te składają się z kamieni, których na Inishmore od zawsze było pod dostatkiem. Kamienie te są poukładane w taki sposób, że strasznie trudno jest jakiś z takiego muru wyciągnąć. Wydawać by się mogło, ze skoro do ich  budowy nikt nie używał żadnej zaprawy, to powinien się on prędzej czy później rozwalić. Nic bardziej mylnego. Murki stoją i nie sposób je ruszyć. Jako że na Aranach nie występują drzewa to też nie ma znanych nam dobrze płotów, są murki. Główne ,,dobro naturalne” stanowi kamień i skała, zostały one wykorzystane praktycznie w stu procentach.

Darmowe atrakcje w Coole Park

Coole Park and Gardens to rezerwat przyrody, park i ogród w jednym. Na jego terenie znajdują się tereny bagienne, zadrzewione, jałowe skaliste połacie, rzeka, jezioro, rezerwat jeleni. Położony niedaleko miasta Gort (mapkę dojazdu znajdziesz tutaj) park zaprasza małych i dużych do aktywnego wypoczynku na łonie przyrody przez cały sierpień. Już w tę niedzielę, 31 lipca o 15.00 rozpoczyna się około godzinny spacer, dzięki któremu mali i duzi uczestnicy będą mogli zapoznać się z topografią i atrakcjami parku. 7 i 11 sierpnia, również o 15.00, odbędą się spacery z pogadanką poświęcone Lady Auguście Gregory, dramatopisarce, znawczyni folkloru i współzałożycielce The Abbey Theatre. Kolejny spacer tematyczny, tym razem przeprowadzający uczestników od czasów gregoriańskich do współczesności dzięki drzewostanowi Coole (drzewa te były tematem wielu utworów W.B.Yeats’a), rozpocznie się 14 sierpnia o 15.00. I wreszcie w każdą środę sierpnia, w godzinach 14.30 – 16.00, Park zaprasza dzieci w wieku 5-10 lat na warsztaty przyrodnicze (konieczna rezerwacja, ograniczona ilość miejsc). Wszystkie atrakcje są bezpłatne.

Poprawiony: środa, 03 sierpnia 2011 10:01

Wyspy Aran - kawałek prawdziwej Irlandii

Za każdym razem, kiedy przejeżdżałem przez Connemarę nigdy nie trafiłem w jej południowe rejony. Wyjeżdżając z Galway praktycznie wszyscy wybierają N59, drogę najłatwiejszą, najbardziej popularną oraz pokazującą te piękne tereny w sposób chyba najwłaściwszy. Oczywiście najwłaściwszy jeśli jedzie się samochodem, bo całkiem inaczej odbiera się Connemarę maszerując przez nią pieszo. Tak więc jest droga N59 ale jest również droga R366, ciągnąca się niemal poziomym, kilkudziesięciu kilometrowym  odcinkiem wzdłuż północnego wybrzeża nad zatoką galway’owską.

Pod namiotem na Achill Island‏

Croaghaun Cliffs czas było opuścić tak więc spokojnym tempem pomaszerowaliśmy w dół w kierunku Keem Beach. Dzionek zaczynał zbliżać się do końca choć oczywiście mieliśmy jeszcze parę godzin do zachodu słońca ale trzeba było myśleć nad miejscówką do spania, no i dobrze by było coś jeszcze na tej wyjątkowej wyspie zobaczyć. Nieśpiesznie opuściliśmy jedną z najpiękniejszych, irlandzkich plaż i pojechaliśmy w głąb Achill.

Athenry

25 kilometrów na wschód od Galway leży Antenry. To niewielkie miasteczko, liczące zaledwie 3200 mieszkańców słynie z dobrze zachowanych murów obronnych, zamku i słynnej irlandzkiej ballady:  “The Fields of Athenry”.

Nazwa miejscowości pochodzi od irlandzkiego “Ath Na Riogh” co oznasza w języku polskim “Fort królewski”. Athenry ma bardzo bogatą średniowieczną historię. Do dziś w mieście znajdują się mury obronne, które są uznawane przez wielu jako najstarsze i najlepiej zachowane w Irlandii. Do obecnych czasów dobrze zachowała sie również jedna z wież obronnych (pólnocna). Podczas niedawnych prac drogowych odkryto również fundamenty innej wieży.

Największe klify w Irlandii

Calutki tydzień przed rozpoczęciem mojego urlopu był pogodowo bardzo przyjemny. Praktycznie 7 dni non-stop świeciło słońce, było mnóstwo błękitnego nieba, powietrze ciepłe a wiaterek delikatny. W pewnym momencie serce mi się krajało, że tak fajnie jest akurat w przeddzień rozpoczęcia upragnionego wolnego, bo raczej pewne było, że to się w czasie nie przeciągnie. Jak pomyślałem, tak też się stało… Daniel, czyli mój druh zbliżających się wielkimi krokami wojaży, zjawił się w Dublinie niedzielnym popołudniem. Wracając do Longford aura zaczęła się delikatnie psuć. Posypała się na dobre w dwóch kolejnych dniach, co zmusiło nas do odwleczenia daty wyjazdu. Mieliśmy 2 dni więcej na przygotowania, na ostatnie zakupy i plany podróży, bo trzeba przyznać, że były one dość ruchome – zależy w której części wyspy mniej padało – tam chcieliśmy pojechać.

Achill Island – to trzeba zobaczyć!

Irlandia sama w sobie jest wyspą. Ale posiada również inne mniejsze lub większe wysepki. Jest ich na prawdę sporo, porozrzucane głównie na zachodnich krańcach kraju. Nie wiem czy najważniejsza i najbardziej popularna ale z całą pewnością największa znajduje się w hrabstwie Mayo. Odwiedziliśmy ją, po wcześniejszym usłyszeniu mnóstwa pochlebnych opinii na jej temat. Czy było warto? No cóż, przekonajcie się sami ale jak to bywa z różnorakimi atrakcjami turystycznymi w tym kraju, pytanie wydaje się być czysto retoryczne.

Poprawiony: czwartek, 31 marca 2011 10:54

W drodze na Corrán Tuathail

W ubiegły piątek wraz Mountaineering Club NUIG wybrałem się na 3 dniowy wyjazd do Kerry, którego głównym celem był górski rekonesans po najwyższym paśmie irlandzkich „pagórków” - Macgillycuddy's Reeks.

Dobrze wyposażona i zorganizowana ekipa podzielona na 3 grupy ruszyła na podbój najwyższego szczytu w Irlandii - Corrán Tuathail (1040 n.p.m).

Wbrew stereotypowym opiniom na temat poziomu trudności w pokonywaniu irlandzkich gór właśnie ten szczyt był prawdziwym wyznacznikiem skali niebezpieczeństwa i zagrożenia czuwającego powyżej poziomu chmur, które jak to na zielonej wyspie zagościły również podczas wyprawy.

Poprawiony: wtorek, 22 marca 2011 21:08

Boyle Abbey

Pomiędzy Sligo a Longford znajduje się pewne miasteczko. Nie wielkie, podobne to wielu innych w Irlandii, położone nad rzeką, która nazywa się tak samo jak owa miejscowość. Ma w swoich granicach jednak coś, co czyni je interesującym, nastrojowym i do którego z całą pewnością warto zawitać…

Boyle to przede wszystkim 12 wieczne cysterskie opactwo założone przez mnichów przybyłych do Boyle z Mellifont. Po założeniu pierwszego opactwa cystersów w Irlandii, które stanęło właśnie w Mellifoncie (1142 rok) mnisi chcieli rozszerzyć swoje wpływy i postanowili, że wybudują je w hrabstwie Roscommon. Przybyli oni do Boyle w 1148 roku w poszukiwaniu miejsca na nowe opactwo. Podekscytowali się oni wizją spartańskiego, lecz pełnego miłosierdzia życia podczas wizyty we Francji. Spodobało im się zdyscyplinowany i pozbawiony wszelkich przyjemności żywot zakonników z klasztoru św. Bernarda.

Wzgórze Tary – rezydencja arcykrólów

Zostawiłem Bective Abbey nie bez żalu. Odwracałem się parokrotnie za siebie, wędrując z powrotem w kierunku samochodu… Stało sobie pośród tej zieleni, dumnie, spokojnie, opatulone słońcem, nasiąknięte historią. Opactwo kusiło cały czas, jednak miałem przed sobą coś jeszcze – miejsce, które zobaczyć chciałem  koniecznie. Miejsce, w którym chciałem się znaleźć…

Nie ma chyba w Irlandii drugiego tak mocno przeszytego historią i legendą zarazem. Wzgórze Tary/Hill of Tara – przez całe pierwsze milenium to właśnie tu rezydowali arcykrólowie Irlandii. Zbierali się wraz z kapłanami co 3 lata ustalając prawa i rozstrzygając rozmaite spory. Jedna z barwnych sag głosi, że: w momencie gdy zwycięstwo wojowniczych Fomorian wydawało się nieuniknione, w Tarze zebrała się wielka narada wojenna zwołana przez Nuadę Srebrnorękiego , władcę tajemniczego ludu Dé Danaan. Pojawiło się wówczas bóstwo opatrznościowe – Lug Długoręki. Ciskając kamiennymi płytami o ściany pałacu i pokonując wszystkich w grze fidchell, udowodnił swe prawo do przewodzenia Danianom. Gdy nadszedł czas bitwy, Lug celnie rzuconym tathlunem (magicznym kamieniem) powalił wodza Fomorian, a zarazem własnego dziadka – Balora Jednookiego…

Bective Abbey

Odległość dzieląca Kells i Navan to zaledwie 16 kilometrów. Jazda zajęła mi może z 20 minut i po tej krótkiej chwili byłem już w stolicy hrabstwa Meath. Miasto jak na stolicę przystało wydawało mi się znacznie bardziej ruchliwe i żywe aniżeli Kells. Mnóstwo samochodów, czy to na drogach, czy też parkingach, pełno ludzi i dosyć ciasne centrum z dużą ilością sklepów i sklepików. Przejechałem się przez nie powoli, nie próbując się nawet zatrzymywać. W głowie miałem kolejny, na mojej ówcześnie przygotowanej liście, cel – Opactwo Bective (Bective Abbey).

Aby się tam znaleźć należy pokonać ok. 11 kilometrów jadąc z Navan w kierunku Trim drogą R161. Tak też uczyniłem, wszystko wydawało się proste ale w pewnym momencie pojawiły się jednak delikatne problemy z lokalizacją Bective Abbey… Skręciłem z głównej trasy na jakieś mniejsze i zaczęło się krążenie. Dobrych parę minut zajęło mi znalezienie znaku informacyjnego na temat opactwa w Bective. Gdy już mi się to udało, następne długie minuty jeździłem aby odnaleźć samo opactwo. Kilka postojów, kilka spojrzeń do mapy aż w końcu jest!

Megalityczne Loghcrew i historyczne Kells

Wgryzłem się dość intensywnie w królewskie hrabstwo Meath, jednego tylko dnia udało mi się zobaczyć parę naprawdę interesujących miejsc. Sprzyjała ku temu aura, pomimo że rankiem niebo spowite było chmurami a w powietrzu unosiła się delikatne mgiełka. Niemniej jednak zwlokłem się z łóżka o 7 rano, przygotowałem wszystko do wyjazdu i o 8 byłem już w trasie…Podążyłem tą samą drogą co 24 maja czyli po 40 kilometrach od Longford,  w okolicach Mullingar zjechałem z N4 i po kolejnych 20 kilometrach byłem w Castlepollard.  Następnie skierowałem się na Oldcastle. Właśnie w okolicach tego małego miasteczka znajdują się budowle, które uważane są za najstarsze w całej Irlandii. Skoro tak, musiałem je koniecznie zobaczyć…

 

Groby korytarzowe w Loughcrew

Groby Korytarzowe Louhgcrew (irl. Loch Craobh) na wzgórzach Slieve na Calliagh datowane są na 3500 – 3300 p.n.e, dla porównania bardziej znane Newgrange / Pałac nad Boyne (Brú na Bóinne) powstało między 3100 a 2900 p.n.e. Ciekawostką jest też, że wyżej wymienione grobowce są o kilkaset lat starsze aniżeli słynne Piramidy w Egipcie. Na początku miałem malutkie problemy ze znalezieniem Loughcrew. Byłem na odpowiedniej drodze jednak nie potrafiłem zlokalizować właściwego zjazdu, po paru minutach krążenia jechałem już jednak stromym, wąskim podjazdem w kierunku megalitycznych budowli. Zatrzymałem się na małym parkingu, wziąłem plecak, aparat, zerknąłem na okoliczną tablicę informacyjną i podążyłem w górę. Aby dojść na miejsce trzeba liczyć się z małą wspinaczką, idzie się pod górę, zewsząd towarzyszą pasące się owce, które patrzą się przestraszonym wzrokiem i próbują odstraszyć wędrowców głośnym beeeeee!!!! (a może meeeee!!!!) Po kilkunastu minutach wchodziłem już małą, żelazną bramką na teren grobowców. Widok stamtąd dookoła piękny, choć pewnie lepiej by się to wszystko prezentowało gdyby było klarowniej, gdyby świeciło słonko i było bezchmurnie.

Brigit’s Garden

Pewnego sierpniowego weekendu nabraliśmy ochoty na wycieczkę w plener. Krótkie poszukiwania internetowe skierowaly moją uwagę na Brigit’s Garden, mało znane, a – jak sie okazało -  absolutnie cudowne miejsce niedaleko Galway.

Wizyta w Brigit’s Garden jest jak magiczna podróz do celtyckiego świata wierzeń i mitologii związanej z przyrodą, porami roku, naturą. Zgodnie z koncepcją założycieli, ma to być miejsce, gdzie każdy człowiek może poczuć niezwykły związek z przyrodą, zrozumieć cykl życia, przemijania i odrodzenia, a także miejsce sprzyjające refleksji, kreatywności i zdobywaniu wiedzy. Ogród, a właściwie ogrody, założone zostały na terenie porośniętym   leszczyną i innymi rodzimymi drzewami, wśród łąk mieniących sie dzikimi kwiatami i pachnących tymiankiem i rozmarynem.

Jestesmy na Facebooku

Prognoza pogody:

kliknij w obrazek aby zobaczyć szczegóły

 

Statystyki Galway.pl

1'701 osób średnio odwiedza nas codziennie
52'000 osób średnio odwiedza nas miesięcznie
5 min i 6 sec średnio użytkownik spędza na naszej stronie

zainteresowany reklamą? kliknij tutaj <-

Użytkownicy online

Naszą witrynę przegląda teraz 152 gości i 1 użytkownik 
  • julajula