Zaloguj Zarejestruj

Zaloguj się

Użytkownik *
Hasło *
Zapamiętaj mnie

Załóż konto

Pola zaznaczone gwiazdką(*) są wymagane.
Imię i nazwisko *
Użytkownik *
Hasło *
Powtórz hasło *
Email *
Powtórz email *
Captcha *
Reload Captcha
sobota, 25 luty 2017 17:04

Pierwsze dni w Galway kiedyś i dziś

Napisane przez Tesla

Czy pamiętacie swój przyjazd do Galway? Ja tak i to doskonale, mimo że od tego czasu minęło już kilkanaście lat i czasy się diametralnie zmieniły.

Praca czekała na każdym kroku, wystarczyło po nią sięgnąć, pracodawcy nie przebierali bo nie było w czym, a w zasadzie w kim. Rąk do pracy brakowało, a nowe zlecenia ciągle napływały. My, ci co przyjechali do Irlandii za chlebem też nie wybrzydzaliśmy. W końcu trzeba było szybko znaleźć zatrudnienie żeby nie musieć wracać do Polski. Ale od początku.

Pierwsze dni w Galway spędziliśmy w Sleepzone, który uchodził za jeden z lepszych hosteli. W cenę (€20/dobę) wliczone było śniadanie (jesz ile chcesz), łóżko w pokoju 6-cio osobowym i dostęp do internetu. Znajomi nie mięli tyle szczęścia. Spędzili miesiąc w hostelu, którego nazwy nie podam, z którego ostatnia gwiazdka odpadła wraz z ramą okna podczas jednej z wichur. Płacili €40 za miejsce leżące w jednym z kilku zatłoczonych pokoi, chodzili do toalety z domestosem ;) ale też jakoś przetrwali.

W naszym hostelu była kamera internetowa, przez którą można było pomachać do mamy oraz internet. Szukaliśmy pracy wysyłając dziesiątki maili do firm, które jeszcze wtedy prowadziły rekrutację w sposób tradycyjny, większość naszych podań przepadła jak kamień w wodę. Błyskawicznie załatwiliśmy PPSy i ruszyliśmy na podbój rynku pracy.

Po kilku dniach udało nam się znaleźć w Galway Advertiser apartament na Lough Atalia. Landlord spóźnił się na pokazywanie mieszkania dwie godziny, a my wraz ze zgrają innych poszukujących lokum obcokrajowców mokliśmy na deszczu pod bramą wjazdową na podwórko. Przez furtkę przecisnęliśmy się tuż za agentem więc to nam udało się złowić 2 bed za 800 euro. Zwykły apartament, bez szału, trochę ciemny ale z dwiema łazienkami, balkonikami i widokiem na jezioro, w centru miasta w dodatku.

Pieniędzy oczywiście zabrakło ale nasze mamy sprężyły się i dosłały gotówkę na konto. Trzeba było zacząć zarabiać i to natychmiast.

Telefony zaczęły dzwonić po obowiązkowej wycieczce na Parkmore: M&M Qualtech, Medtronic, Contech Med. itp. firmy potrzebowały pracownikow na już.

Do pierwszej tygodniówki w czwartek żywiliśmy się tostami z nutellą z Lidla. Znajomy musiał przycisnąć bardziej i opracował patent kanapek z marchewką. Każdy miał swój sposób.

Najgorszy był ten nieustannie padający deszcz. Nikt z nas ani z naszych znajomych nie miał auta. Jeździliśmy więc do pracy autobusem z centrum po spędzeniu kilku minut na przystanku, przemoknięci. W drugą stronę to samo. 

W mojej firmie byłam pierwszą zatrudnioną Polką, potem co tydzień dochodziły kolejne i kolejne. Pojawiały się Czeszki, Słowaczki i jeszcze więcej Polek aż w końcu nas samych było więcej niż wszystkich pracowników przed 2004 rokiem. Pracowałyśmy w cleanroomie wyposażone w białe czepki, fartuchy i bambosze. Za to bez makijażu, na początku. Później bez zbędnych ceregieli można było wypatrzeć Polkę na odległość - po ubrudzonym od pudru kołnierzyku. Wszystkie malowałyśmy się, mimo że nie było nam wolno. Zdrowie pacjentów, którym miały być aplikowane te wszystkie dziwne rzeczy, które w sterylnych warunkach budowałyśmy nie miało dla nas znaczenia. Po cleanroomie chodziły pająki, a jedna z teamleaderek miała grzyba na dłoniach - nasz makijaż nie robił tam różnicy. Firma raz w roku wysyłała nas na badania okresowe - badali nas hurtem i wtedy po raz pierwszy (i ostatni) zmierzono mi ciśnienie przez kurtkę.

Internet nie był jeszcze wtedy dobrem powszechnie dostępnym w Irlandii dlatego żeby mieć kontakt z rodziną biegałam co weekend na NUiG z hasłem od koleżanek i spędzałam długie godziny na mailu i tlenie.

Czas płynął, zaczęliśmy wszyscy stawać na nogi i chcieć czegoś więcej. Chcieć znaczyło móc. 1 bed apt z tarasem można było wtedy wynająć za 500 euro (Ballybrit) i kupić za 60k. Ja wynajmowałam poddasze w szeregowcu za 280 euro/miesiąc i wszyscy dziwili się, że czemu tak drogo. To były czasy :). Nie było Clayton'a ani centrum handlowego na Briarhill, a do Centry na Doughiska szło się usypaną żużlem drożyną mijając na rogu Kojota. Pozdrawiam wszystkich którzy wiedzą co to Kojot.

Ani się obejrzałam, a do nowej pracy w międzynarodowej korporacji każde z nas jeździło swoim autem, a na koncert jakiegoś polskiego artysty hip hop przyszło więcej polskiej młodzieży niż moich rówieśników. Minęło 10 lat i wszystko wokół się zmieniło.

Nie wiem jak teraz szuka się pierwszej pracy - pewnie nie biega się po Parkmore bo każdy ma i wykorzystuje internet w telefonie. Niezagrzybionego mieszkania w centrum też chyba już nie da się wynająć za 800 euro. Każdy raczej przyjeżdża do kogoś, a nie w ciemno więc nie musi martwić się od razu o dach nad głową i jedzenie. Albo jest przedstawicielem nowego pokolenia Polaków w Irlandii i mieszka z rodzicami na obrzeżach Galway.

Nie trzeba zapisywać się po chleb w polskim sklepie i kupować krakowskiej suchej z auta pod Tesco. Funkcjonują polskie piekarnie, masarnie, sklepy, kosmetyczki, warsztaty samochodowe, nawet ulotki w urzędach i bankach drukowane są w języku polskim.

To w końcu łatwiej jest teraz czy trudniej stawiać pierwsze kroki w Irlandii?? Jakie są wasze spostrzeżenia i doświadczenia?

Komentarze  

-2 # Jakub 2017-02-25 20:38
Przecież kojot był w centrum :)
Odpowiedz
0 # stary kojot 2017-02-26 09:33
bylem kiedys w centrum, ale mnie przeniesli...co z zycie Kojota takie jest
Odpowiedz
-2 # Pyszczak 2017-03-04 07:55
Pozdrawiam wszystkich co jeszcze o pozwolenie na prace występowali to były czasy:)
Odpowiedz

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

UWAGA! Ten serwis używa cookies i podobnych technologii.

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na to. Czytaj więcej…

Zrozumiałem