Zaloguj Zarejestruj

Zaloguj się

Użytkownik *
Hasło *
Zapamiętaj mnie

Załóż konto

Pola zaznaczone gwiazdką(*) są wymagane.
Imię i nazwisko *
Użytkownik *
Hasło *
Powtórz hasło *
Email *
Powtórz email *
Captcha *
Reload Captcha
wtorek, 02 luty 2010 21:59

Zakochana w Galway

Magda Ślązak pochodzi z Częstochowy, kocha Wrocław, a od prawie dwóch lat mieszka w Galway. I choć nie brakuje jej Polski, to tęskni za tańcem, który jest jej największą pasją. Poza tym udowadnia, że emigracja nie musi być tylko miejscem na zarabianie pieniędzy, ale równie dobrze może pomagać w realizacji marzeń i dawać poczucie własnej wartości. O tym i nie tylko z Magdą Ślązak rozmawia Iwona Mazurek.

wtorek, 02 luty 2010 21:58

Wyspy Aran - wrażenia Iwy

Witam, wakacje 2006-2007 spędzałam w Galway. Od prawie 3 lat mieszka tam i pracuje moja córka. Byłam zauroczona samym miastem, a wyspy..wow!! W lipcu 2006r. wyjazdowi na Arany towarzyszyła piękna, słoneczna pogoda (rzadkość w Irlandii). Spędziliśmy na Wyspach 4 godz. chodząc wraz z córką i synem po drogach i dróżkach. Urokliwe "kamienne płoty" przykuwały moją uwagę, ich kunsztowne budowanie, aż musiałam dotknąć z jaką mocą przylegają do siebie te kamienie, że nawet silne wiatry wiejące znad oceanu, nie dają im rady.

W samym porcie na Aranach czeka na turystów wiele sklepików z pamiątkami i wytworami irlandzkich rzemieślników, a dalej w głąb lądu ukazuje się naszym oczom coś w rodzaju wielkiej, sielskiej wsi. Stare domy, niektóre już tylko ruiny, wszystko porośnięte intensywnie zielonymi bluszczami.

Zagrody pełne zwierząt (konie, krowy,osły ).Spotkałam tam oko w oko (dobrze że za zagrodą) ogromnego byka, który na nasz widok nerwowo zaczął tylnym kopytem rozkopywać ziemię. Roślinność...!!! Wiele takich odmian, które u nas kupujemy w kwiaciarniach do ozdoby naszych domów, tam rośnie w warunkach naturalnych, stare celtyckie kościoły, przykościelne cmentarzyki. Wszystko to tworzy lekko tajemniczą poświatę.

Tegoroczne wakacje przyniosły aurę iście irlandzką (w tamtym roku córka mi powiedziała, że prawdziwej Irlandii nie widziałam), teraz lało i wiało. Jednak ten kraj ma w sobie coś takiego, co sprawia, że taka aura nie przeszkadza dobrze sie bawić.

W tym roku na Aranach był ze mną przyjaciel. Było...jak by to powiedzieć: zimo, mokro (jeszcze nigdy nie byłam tak mokra, do przysłowiowej suchej nitki). Tym razem zwiedzaliśmy wyspy na super rowerach. Trzy godziny jazdy w strugach deszczu, przed oczami szalejący Ocean i od czasu do czasu bardzo słaba widoczność. Nie myślcie że byliśmy jedynymi, szalonymi turystami. Nie!!!.

Z tej wycieczki nie zapomnę jednego: pogoda j/w opisałam, a wszyscy mijani rdzenni mieszkańcy wysp z uśmiechem machali do nas na powitanie i już z daleka pozdrawiali ("hołaja"), to fonetyczne brzmienie ujętego razem: cześć i jak się masz. Choć lało, na sercu robiło się ciepło, a wszystkie zdjęcia jakie z tej wycieczki mamy, to nasze uśmiechnięte buzie i mokre postacie.

Życzę sobie i nam, wszystkim Polakom - smutasom, zaraźmy się od Irlandczyków tą pogodą ducha, tą sympatią do drugiego człowieka! Byłam też na Canamarze i na klifach, ale sami widzicie, że nie umiem pisać streszczeń, więc nie będę więcej.

Iwa

poniedziałek, 01 luty 2010 00:00

Atakujemy zachód

Jeśli wziąć pod lupę ruchy turystyczne na Zielonej Wyspie to przeważająca cześć turystów udaje się na Zachód kraju. Spragnieni prawdziwej, starej Irlandii, rozśpiewanych i rozgadanych pubów, efektownych wybrzeży czy też dzikich i zapierających dech w piersiach krajobrazów, wybierają hrabstwa Connachtu. Mój kontakt z Zachodem rozpoczął się w końcówce 2005 roku i krótkiej wizycie w Galway.

W tym mieście dane mi było być parokrotnie, to miasto ma coś w sobie przyciągającego i chętnie się tam wraca. Przynajmniej ja tak mam. Głębsze zapoznanie się z zachodnimi rubieżami Wyspy odbyło się podczas naszej pamiętnej wycieczki po zjawiskowej Connemarze, jesienią 2007 roku. Tym razem okazja na kolejny przejazd przez Zachód pojawiła się wraz z przybyciem do nas Daniela. Plan na 2 dniową wycieczkę zakładał, że zawitamy na Klifach Moheru, następnie udamy się na krótki spacer po Galway. Ze stolicy hrabstwa ruszymy w stronę Connemary i Clifden, w którym to przenocujemy. Rankiem mieliśmy opuścić mały nadmorski kurort i zahaczając o Park Narodowy Connemara, dotrzeć do Cong, a dokładniej do Ashford Castle, tam się znajdującego. Czekało nas sporo kilometrów do pokonania ale wiedziałem, że będzie warto… Wiedziałem, że będziemy się zachwycać otaczającą nas florą i fauną, zastanawiałem się jakie odczucia i spostrzeżenia będą mi towarzyszyć tym razem? Czy dam się porwać na nowo? A może będę przyjmował wszystko z dystansem, z mniejszym zaskoczeniem i słabiej wyłupionymi oczami i mniej rozwartą buzią? To miało się dopiero okazac. Jednego byłem pewien: Daniel jako debiutant, prędko tej wyprawy nie zapomni. Z przyczyn pozytywnych, rzecz jasna.

Wystartowaliśmy z Longford około godziny 7:30 rano, jadąc trasą N63 w kierunku południowo-zachodnim. Po około 30 minutach, przez Lanesborough dojechaliśmy do Roscommon. Dalej cały czas N63 po około 64 kilometrach znaleźliśmy się na N17, którą na południe dojechaliśmy do N18. Ta droga jest rzut beretem od Galway, jednak na to miasto czas miał przyjść później. Zaliczyliśmy mały fragmencik N6 i sunęliśmy N18 aż do momentu zjazdu na N67. Wraz ze zmieniającymi się drogami, delikatnie zmieniał się również pejzaż za oknami naszego samochodu. Soczysta zieleń była dalej soczystą zielenią, to akurat na Wyspie się nie zmienia. Ale pojawiły się małe, kamienne murki, kilometry murków oddzielających pola i poletka, łąki i pastwiska irlandzkich gospodarzy. W mgnieniu oka rozmnożyły się setki owiec, raz po raz mijaliśmy kolejne stada, pasące się leniwie na swoich trawodajniach. Będąc w południowej części hrabstwa Galway a następnie w północno-zachodnim Clare można już poczuc ten specyficzny, oceaniczny klimat. Przejeżdża się przez małe nadmorskie miejscowości, drogi są wąskie i bardzo kręte, widoki ładne, teren pagórkowaty. Minęliśmy kolejno Ballinderren, Kinvare, Burren, Ballyvaughan i po około 60 kilometrach dojechaliśmy do Lisdoonvarny. Z tego miasteczka do Klifów jest tylko około 10 kilometrów. Ostatni etap podróży to trasa o numerze R478.

Wszystko do tego momentu było dobrze. A przynajmniej nic nie zapowiadało żadnych problemów. Nic nie zapowiadało kaprysów jakimi uraczyła nas pogoda, pogoda jakże nieprzewidywalna i nieodgadniona, tutaj, na Wyspie… W Lisdoonvarnie było jeszcze w miarę klarownie, oczywiście wcześniej po drodze zdarzył się deszczyk, słońce raz po raz wyłaniało swoją facjatę zza chmur, ale parę kilometrów od celu myśleliśmy tylko o wspaniałych, klifowych widokach a nie martwiliśmy się aurą. Po ponad 3 godzinnej jeździe i po pokonaniu 175 kilometrów byliśmy na miejscu. I niestety, scenariusz pogodowy napisany został przez życie bardzo brutalnie. Cały nasz misterny plan napawania się Moherowymi Klifami runął w gruzach. Mgła była tak intensywna, że w odstępie kilkudziesięciu metrów nie było zupełnie nic widać… W mgle schowały się Klify, w mgle schował się Ocean, dosłownie wszystko było spowite mgielnym płaszczem. Ja – to jeszcze pół biedy, byłem tu 2 lata temu i wszystko widziałem. Gorzej Daniel, który można to tak stwierdzić – pofatygował się specjalnie z Polski a tutaj taka historia. Niestety nic się nie dało zrobić, nie było żadnych szans na poprawę pogody, więc może po 30 minutach postanowiliśmy jechać dalej.

Tak sobie teraz myślę, że mogliśmy to rozegrać troszkę inaczej. W zamian tego, że Klify się nie udały, mogliśmy przecież pokręcić się po obszarach Burren, gdzie podobno także jest wiele ciekawych miejsc do odwiedzenia. No nic, decyzja była jednak taka, że udajemy się najpierw do Galway, a następnie oddajemy nasze zmysły magicznej Connemarze…

Więcej zdjęć można znaleźć na stronie internetowej: www.wrobels.pl

Adrian "Ćwirek" Wróbel

sobota, 30 styczeń 2010 23:17

Przywrócono polskie Msze

Jak zostało podane na stronie internetowej Polskiego Duszpasterstwa w Galway, Msze św po polsku wracają do duszpasterskiego kalendarza Galway. Od lutego będą one odprawiane w każdą trzecią niedzielę miesiąca w kościele św. Patryka o godzine 17.00. Tradycyjnie przed i po Mszy będzie otwarta kawiarenka i polska biblioteka.

sobota, 30 styczeń 2010 22:46

Redukcje w Debenhams

Debenhams w Galway zapowiedział, iż w ciągu najbliższych kilku tygodni, w sklepie będzie miała miejsce duża redukcja. Mowa jednak nie o redukcji cen, a zatrudnionego personelu o jedną trzecią. Około 25 osób dołączy do powiększającej się listy bezrobotnych. Przyczyną zwolnień jak w większości przypadków, jest sytuacja ekonomiczna sklepu.

Także około 25 osób straci pracę w American Power Conversion na Ballybrit. W tym przypadku stanowiska pracy zostają przeniesione do innego kraju.

piątek, 29 styczeń 2010 12:45

Nowe zakazane sklepy

Władze miasta planują dodać kasyna i sklepy takie jak Nirvana do listy "niepożądanych" sklepów i działalności handlowo-usługowych. Na liście znajdują się już sex shopy i kluby z erotycznym tańcem.

sobota, 23 styczeń 2010 00:00

Cong Abbey, Ashford Castle

Wjeżdżając do Cong chcieliśmy jak najprędzej odnaleźć Ashford Castle. Na szczęście od razu się to nie udało. Na pierwszy ogień, jakgdyby przystawka do głównego dania, poszły ruiny, na które przypadkiem natrafiliśmy.

7-wieczne Opactwo…

Cong Abbey to Opactwo, które powstało na początku 7 wieku, zalożone przez św. Feichina. W 12 wieku zostało strawione przez pożar i dopiero w 1135 roku zostało odbudowane przez Wysokiego Króla Irlandii Turlougha Mor O’Connora.

Jego syn ostatni Wysoki Król Irlandii Rory O’Connor, tuż przed Inwazją Normanów zbudował nowe budynki a także mieszkał w opactwie przez ostatnie 15 lat swojego życia (zmarł w 1198 roku). W 1203 roku Cong zostało zaatakowane przez Normańskiego rycerza Williama de Burgha i ponownie trzeba było odbudować Opactwo. Obecny Kościół i prawdopodobnie fragmenty Klasztoru, w którym mnisi pracowali oraz modlili się, należą z przebudowy, która miała miejsce na początku 13 wieku.

Ruiny Opactwa widoczne są bez problemu, przejeżdżaliśmy obok i postanowiliśmy zobaczyć je z bliska, od środka. Nie wiem jak Daniel, ale ja, będąc już na terenie Cong Abbey poczułem wiatr historii, kilkusetletni zefirek pamiętający czasy średniowiecznej Irlandii, który teraz krążył gdzieś między drzewami. Uruchomiłem wyobraźnię i przechadzając się nieśpiesznie starałem się odtworzyć chwile, kiedy to mnisi wędrowali po Opactwie, cieszyli się otaczającą ich przyrodą, medytowali w skupieniu… Teren Cong Abbey jest dość spory (oczywiście z wielkością rozległych obszarów przy Ashford Castle równać się nie może), można tam odbyć miłą, relaksującą przechadzkę, zaczynając od głównego budynku, poprzez park i kończąc w małym lasku, tuż za przepływającą przez Opactwo River Cong. Rzeczka zaledwie 2 kilometrowa wpływa do Lough Corrib i posiada Chatkę Rybaka, chatkę która nas zainspirowała i której poświęciliśmy momencik.

Monk's Fishing House

Monk’s Fishing House prawdopodobnie powstał w 15 lub 16 wieku. Mały kamienny domek stoi na kamiennej podstawie, a wokół i pod nim przepływa rzeka. Wchodzi się do wnętrza, bardzo surowego i na samym środku znajduje się pułapka na ryby. Była to wnęka w podłodze, do której rybak wkładał siatkę i ryby płynące razem z prądem rzeki wpadały do niej bez opamiętania. Prosto z wody lądowały w małym, kamiennym piecu, gdzie je podpiekano a następnie z chatki rybaka, specjalnie skonstruowaną liną, transportowano do kuchni. Będąc na rzece Cong, na mostku obok chatki rybaka i spoglądając w stronę ujścia rzeki do Lough Corrib można zaobserwować mury Ashford Castle. Wydawało nam się, że jest to rzut beretem ale aby dostać się na teren Zamku samochodem należy przejechać może z 2 kilometrowy odcinek. Pokręciliśmy się jeszcze troszeczkę po Cong Abbey i wróciliśmy do samochodu.

Niesamowity Ashford Castle…

Ashford Castle został zbudowany w 1228 roku przez Anglo-Normańską rodzinę de Burgo. 350 lat później - po zaciętej walce pomiędzy siłami rodziny de Burgo a wojskami angielskimi, Ashford Castle przeszedł w ręce nowego pana – Sir Richarda Binghama. W roku 1589 pod jego panowaniem wzmocniono enklawy w okolicach Zamku. W 1715 roku majątek został przejęty przez Rodzinę Oranmore i Brown, która poprzez 17-wieczny francuski styl zmieniła oblicze Zamku i przywróciła jego dawną świetność. W 1852 roku Nieruchomość została zakupiona przez Sir Benjamina Guinnesa, który powiększył teren do 26 ooo akrów, zbudował nowe drogi i zasadził tysiące drzew. Po jego śmierci w 1868 roku Zamek przeszedł w ręce Arthura Edwarda Guinnesa, Pierwszego Barona Ardilaun (syna Benjamina), zapalonego ogrodnika, który nadzorował rozwój wielkich lasów otaczających posiadłość. Baron Ardilaun przebudował również całe zachodnie skrzydło Zamku. W 1939 roku Ernest Guinnes sprzedał Zamek Noelowi Huggardowi, który otwiera tutaj Hotel. W 1951 roku zostaje tu nakręconych większośc scen do filmu Johna Forda – Quiet Man z Johnem Waynem i Maureen O’Harą. Kolejna ważna data to 1971 rok, wtedy to Ashford Castle zostaje kupiony przez Johna Mulcahy. Nowy właściciel nadzorował gruntowną renowację, podwoił wielkość i dodał nowe skrzydło. Oprócz tego nieopodal zostaje zbudowane pole golfowe a także opracowane ogrody. W 1985 roku grupa inwestorów irlandzko- amerykańskich kupuje Ashford Castle za 50 milionów euro. Od 2007 roku majątek należy do Gerry’ego Barretta i jego rodziny.

Zamek na tle Lough Corrib

Podjechaliśmy pod główną bramę. Wejścia strzegł strażnik – niezły gaduła – poinformował mnie o wszystkim, zachwalając przy tym Ashford Castle i obszerny teren wokół w taki sposób, że jeszcze bardziej chciało nam się wjechać do środka. Chociaż z drugiej strony, słuchając tego gawędziarza, można było się uśmiechnąć i troszeczkę przymknąć oko. W momencie, kiedy stwierdził, że mam longfordzki akcent, zrozumiałem że jego bajania są na potrzeby turystów. Wjechaliśmy do środka szczuplejsi o 10 euro i podążyliśmy w kierunku Zamku. Wiedzieliśmy wcześniej, że obszar Ashford Castle jest ogromny i w pełni się to potwierdziło. Aby dojechać do celu trzeba pokonać około 2 kilometry wąską drogą, otuloną polami golfowymi oraz mnóstwem drzew i krzewów. Pokonawszy ten odcinek, naszym oczom ukazała się okazała budowla – Ashford Castle, a za nim bezkres Lough Corrib. Stylowy Zamek o charakterze Wiktoriańskim z 7 wiekami na karku, prezentował się fenomenalnie. Zresztą nie może być inaczej, skoro dzisiaj znajduje się tam 5 – gwiazdkowy, elegancki i wytworny Hotel. W przeszłości hotelowymi gośćmi były takie osobistości jak: Henryk V – król Anglii, pisarz Oscar Wilde, Amerykański prezydent Ronald Reagan, Książę Edward, Amerykańskie Senator Edward Kennedy (Brat J.F. Kennedyego), aktor John Wayne czy też Książe Monaco Rainier III z Księżną Grace.

Pod sam Zamek podjeżdżać mogą tylko goście hotelu i pracownicy. My zatrzymaliśmy się na parkingu tuż przed mostem, który prowadził do Zamku. Ashford Castle od reszty lądu oddziela River Cong, która w tym miejscu wpada do Lough Corrib. Jest dość szeroka i z całą pewnością była skuteczną przeszkodą przed najeźdźcami, starającymi się zdobyć Ashford Castle przez te wszystkie stulecia. Zamek od frontu był ładny ale dopiero, gdy przeszliśmy na drugą stronę, zobaczyliśmy całą jego niesamowitość. Oświetlone przez słońce mury, porośnięte bluszczem, dziesiątki różnej wielkości okien, wieżyczek a wszystko rozciągnięte na kilkadziesiąt metrów. Po jednej stronie Zamek/Hotel – po drugiej początek Lough Corrib.

Kamienny Ogród

Ashford Castle jest duży, jednak to tylko niewielka część całego, liczącego 110 kilometrów kwadratowych terenu. Nie zapuszczaliśmy się w głąb wielkiego parku, nie chodziliśmy kilometrami ścieżek i alejek. Zajęłoby nam to z pewnością parę godzin, więc skupiliśmy się na terenie okołozamkowym. Podeszliśmy nad brzeg jeziora, lizneliśmy kawałeczek leśnych alejek ale przede wszystkim weszliśmy do zamkniętego, kamiennego ogrodu, w którym niegdyś rosły różnego rodzaju warzywa i owoce. Aby do niego wejść, trzeba przejść przez kilkumetrowy, lekko kręty ciemny tunel. Ogród robił wrażenie delikatnie zaniedbanego, być może pora roku nie ta? Chociaż końcówka maja chyba powinna sprzyjać pojawianiu się roślinek? Nie wiem. Budynki gospodarcze wydawały się być opuszczone, ogrodowe dróżki lekko zapuszczone, więc chyba lata świetności tego miejsca minęły. A szkoda, bo miejsce naprawdę urocze. Grzechem byłoby nie wspomnieć o fontannie tuż przed Zamkiem.

Rozległe pola golfowe

Fontanna bezustannie pluła wodą, woda wpadała do sporych rozmiarów okręgu, wokół był jasny żwir a dalej połacie równiutko przystrzyżonej trawy. W trawce gdzieniegdzie posadzone były klomby kolorowych kwiatów, które podziwiać można z ławeczek, licznie posianych wkoło. Na zakończenie naszej wizyty cofnęliśmy się do rozległych pól golfowych. Szliśmy drogą i łapaliśmy fragmenty ciekawych miejsc. Tu wielkie i monumentalne drzewa, tam mniejsze i równie okazałe krzaki. Trawa, jak to na polach golfowych, była przystryżona do granic możliwości, równiuteńka jak dywan, gęsta, przykuwająca swoim widokiem i kusząca aby jej dotknąć, aby po niej pochodzić. Przeszliśmy około kilometra i wróciliśmy do nieopodal zaparkowanego auta.

Więcej zdjęć można znaleźć na stronie internetowej: www.wrobels.pl

Adrian "Ćwirek" Wróbel

sobota, 23 styczeń 2010 00:00

Trim Castle

Przesycony był ten mój majowy urlop sporą ilością podróży i zwiedzania Zielonej Wyspy. Niektóre miejsca moje oczy widziały raz kolejny, z innymi miał miejsce całkowity debiut. Wyprawy mogły się odbyć również dlatego, że odwiedził nas Daniel, brat Eweliny i mój szwagier, rzecz jasna. Jako, że Irlandia krajem do zwiedzania bardzo wdzięcznym jest, toteż postanowiliśmy pokonać ponad 1000 mil, w celu bliższego zapoznania Wyspy. Ale może od początku… Na pierwszy ogień poszło TRIM. Niespełna 7 tysięczne miasteczko, znające jeszcze czasy Średniowiecza samo w sobie nie jest jakoś szczególnie urokliwe, ale ma coś, co czyni go wyjątkowym w całym kraju. Wyruszyliśmy z Longford w kierunku Dublina drogą N4, po około 40 kilometrach minęliśmy Mullingar i dalej na wschód dojechaliśmy do autostrady płatnej M4.

Następnie po może 2 kilometrach zjechaliśmy z autostrady, przejechaliśmy Kinnegad i dalej drogą R161 sunęliśmy prosto do celu. Cała podróż liczyła 85 kilometrów i zajęła nam ponad godzinę. Jak napomknąłem powyżej,Trim – miasto północnego Leinsteru jest jak wiele tego typu miejsc w Irlandii: niepozorne, dla osób lubujących się w wielkomiejskim gwarze pewnie bezpłciowe i zbyt spokojne, dla tambylców w sam raz, a dla mnie? Miasteczko jak miasteczko. Jednak jest jedna rzecz, która nas tam przyciągnęła. Najkrócej mówiąc: Zamek, a raczej Zamczysko. Bądź Warownia albo Forteca. Jak zwał tak zwał, przymnijmy że Zamek. Na żywo robi wrażenie dośc spore. Bo i spory on jest, jeśli chodzi o gabaryty, o wrażenia z podziwiania go z bliska, od wewnątrz i od zewnątrz. Trim Castle liczy sobie ponad 8 wieków, wzniesiony został w 1173 roku przez Hughea de Lacy’ego, lorda Meathu i do dziś dzień jest największą fortecą w Irlandii. Zamek Trim usytuowany jest nad rzeką Boyne, w połowie 12 wieku otoczony był 500 metrowym murem, obejmował teren o powierzchni około 1,2 hektara. Dzisiaj główna bryła Zamku pozostała, otaczający ongiś go mur jest szczątkowy ale trzeba przyznać, że całość prezentuje się okazale i gdyby porównać Zamek w Trim z innymi, podobnymi miejscami na Wyspie to normańska budowla stoi wysoko i spogląda z góry.

Generalnie Zamek widać bez problemu, zbliżając się do Trim, góruje on nad pozostałymi budynkami i sztuką jest do niego nie trafić. My trafiliśmy, pozostawiliśmy auto na parkingu nieopodal litewskiego sklepu, tuż obok Trim Castle Hotel, paręset metrów od informacji turystycznej, która to sąsiaduje z murami Zamku. Przechadzać się wokół 21 metrowego stołbu można bezpłatnie ale już chcąc dostać się do środka głównej budowli, trzeba zapłacić.

Wchodzi się z przewodnikiem w kilkunastoosobowej grupie i przez około godzinę słucha się historycznego słowotoku i podziwia zamczysko od wewnątrz. Aby wyłapać wszystko, o czym opowiada (w naszym przypadku) pani przewodnik należy się skupić do granic możliwości. A że my, nieprzyzwyczajeni jesteśmy do kilkudziesięciominutowego nadawania angielskich słówek prawie non-stop, to też skupiliśmy się na tym wszystkim po swojemu. Oglądaliśmy grube mury, chodziliśmy ciasnymi korytarzami, wspinając się raz po raz równie ciasnymi i wąskimi schodkami. Były tam komnaty, czy też pokoiki, w których to mieszkali dawni lokatorzy. Zamek w czasach swojej świetności miał 3 piętra, dzisiaj głównych podłóg już nie ma, w zamian wybudowano mostki, po których się przemieszcza i z których można poczuć ogrom tej budowli. Całość wieńczy wejście na dach, bądź też taras. Widać stamtąd krajobraz o promieniu kilkudziesięciu kilometrów (oczywiście podczas korzystnej aury), widać Trim, widać cały zamkowy teren, widać nawet góry w Wicklow. Wracając jeszcze na sam dół, to w głównym holu stoją 3 makiety, pokazujące Trim Castle w pełnej krasie.

Wyszliśmy na zewnątrz, robiąc spacerową rundkę wokół Zamku. Podziwialiśmy wspaniałe możliwości obronne tego miejsca, ciekawostką jest, że w całej historii nigdy nikomu nie udało się zdobyć Trim Castle. Jak wcześniej wspomniałem, dookoła Zamku wzniesiono 500 metrowy, obronny mur, było w nim kilka bram wypadowych i 10 półokrągłych baszt. W dodatku z jednej strony płynęła rzeka Boyne… I teraz, gdyby najeźdźca jakoś przedarł się przez mur na teren Zamku, to aby wejść doń, do środka, musiałby się uporać z fosą i z grubymi na 3 metry murami. Oczywiście cały czas w akompaniamencie nadlatujących, obronnych strzał, lub też różnorodnych, gorących cieczy wylewanych z góry. Próżno zauważyć w bryle głównej budowli jakiejś estetyki czy ogólnie pojętego piękna. Przeważa prostota i surowość, zresztą budującym, nie w głowach było bawienie się w styl i klasę, najważniejsza była funkcjonalność i maksymalna ochrona przed atakującymi. I tę architektoniczną toporność widać jeśli spojrzy się na Zamek dzisiaj. I to się sprawdzało, jeśli popatrzeć przez pryzmat historii. Z drugiej strony surowość również może być interesująca, może inspirować i przyciągać.

Na koniec ciekawostka. Każdy chyba oglądał film Braveheart ale jestem pewien, że mało kto wie, że cześć scen do tej produkcji kręconych było na zamku w Trim. Galerię z tego wydarzenia zobaczyć można w przytoczonej przeze mnie wyżej, informacji turystycznej. Wypad do Trim był ze wszech miar udany i nawet chwiejna pogoda nie była w stanie tego zmienić. Poznaliśmy kawałek historii Irlandii, zobaczyliśmy z bliska arcydzieło budowlane z początku poprzedniego tysiąclecia i poczuliśmy defensywne możliwości Zamku. Ci, którzy już tam kiedyś mieli okazję być, zapewne podzielają moje spostrzeżenia, a Ci których oczy nie widziały jeszcze Zamku w Trim, czym prędzej powinni się tam udać.

Więcej zdjęć można znaleźć na stronie internetowej: www.wrobels.pl

Adrian "Ćwirek" Wróbel

UWAGA! Ten serwis używa cookies i podobnych technologii.

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na to. Czytaj więcej…

Zrozumiałem